Jesteśmy dumnymi babciami, kochającymi swoje wnuczęta. Chcemy sprawiać im przyjemności, poświęcać im czas i uwagę. Jednocześnie w naszym życiu dzieją się rzeczy, nie zawsze radosne i przyjemne.
Borykamy się z problemami zdrowotnymi własnymi i bliskich, opiekujemy się coraz bardziej niedołężnymi rodzicami, walczymy z niedostatkami finansowymi, czy też bywamy skonfliktowane z otoczeniem. Często jesteśmy załamane i zrozpaczone śmiercią bliskiej osoby i świat usuwa nam się spod nóg. W tym wszystkim mamy jeszcze na głowie dom, zakupy, podrzucone wnuczęta, a czasem jeszcze pracę zawodową. Jesteśmy pozbawione sił, nie mamy energii na nic i mamy ochotę usiąść w kąciku, zawinąć się w prześcieradło i czekać na śmierć…Bardzo często opowiadamy niemal wszystkim dookoła o naszych problemach i krzyżu Pańskim jaki targamy przez życie. Nacieramy się przykrymi wydarzeniami, jak balsamem i wzmacniamy nasz dół, wciągając do niego otoczenie. Nasze wnuczęta widzą nasze zbolałe twarze, kwaśne miny i smutne spojrzenia…Czy tak chcemy być widziane przez otoczenie i zapamiętane przez wnuczęta????
A może by tak popłynąć pod prąd i być zadowoloną mimo wszystko, z tego co mamy, co nasz otacza i co możemy sobie same fajnego zafundować?
Niedawno byłam na uroczystości rodzinnej, na której była nestorka rodu, ciocia Ola. Ciocia ma 88 lat, jest otoczona wspaniałą opieką ze strony córki i zięcia, ma wspaniałe, mądre trzy wnuczki, była uznanym lekarzem, pomagającym ludziom przez 60 lat swojego życia i przeżyła ponad 70 lat we wspaniałym małżeństwie. Niestety wujek odszedł jakiś czas temu. Córka zabrała ją natychmiast do siebie, zmieniając dom na większy, żeby mamie było wygodnie i komfortowo. Żyje dostatnio, otoczona miłością, w pięknym domu z ogrodem na peryferiach Warszawy. Zdrowotnie jest w formie adekwatnej do wieku i jest sprawna zarówno fizycznie jaki i umysłowo. Na przyjęciu siedziałam obok cioci Oli i po dłuższej chwili rozmowy uświadomiłam sobie, że ciocia opowiada mi różne historie sprzed wielu lat, ale…wyłącznie tragiczne i smutne.
Po pół godzinie wysłuchiwania dramatów wojennych, życiowych i relacyjnych miałam ochotę skoczyć z balkonu. W pewnym momencie nie wytrzymałam i zapytałam ciotkę, czy może mi opowiedzieć jakieś miłe wydarzenie z jej długiego życia? Ciotkę zatkało i a ja nie dałam za wygraną i zaczęłam pytać, co śmiesznego pamięta z czasów bycia lekarzem, jakie wakacje wspomina jako najfajniejsze, co miłego spotkało ją ze strony wnuczek i tak dalej…Ciocia Ola zaczęła z humorem, frywolnością i polorem opowiadać dowcipne historie o pacjentach, wyprawach żeglarskich i z dumą mówić o wnuczkach. Nagle zmienił się jej wyraz twarzy, błysnęło oko i wyprostowała się na fortelu, jakby coś tchnęło w nią energię. Wszyscy z chęcią słuchali uroczych opowieści cioci i śmialiśmy się do łez. My zaczęliśmy dorzucać swoje miłe czy śmieszne sytuacje z życia, studiów czy pracy. Siedzieliśmy do późnego wieczora w przesympatycznej atmosferze. Podczas pożegnania Kasia, córka cioci Oli spytała, czy mogę przyjechać do niej na tydzień, na psychoterapię mamy? Odparłam, że nie widzę takiej potrzeby, bo każdy może z nią w taki sposób prowadzić rozmowę, ale obiecałam odwiedzać ich raz na jakiś czas i pogawędzić przy szarlotce.

Przyjaźniąc się od lat z Kasią, wiem, że ciotka nieco terroryzuje otoczenie swoją rozpaczą po śmierci wujka i nikt nie ma odwagi przeciwstawić się temu, a wręcz szanuje to ze zrozumieniem i pozwala na pogłębianie złego nastroju. Jest oczywiste, że jak jesteśmy nieszczęśliwie zakochani czy zdruzgotani, to słuchamy smutnych piosenek o miłości, szlochając w poduszkę. Naturalnie dążymy do pogłębienia złego nastroju i sami ciągniemy się w dół. Mało tego, jesteśmy oburzeni, kiedy otoczenie próbuje nas z niego wyciągnąć.
Cierpmy, chcemy cierpieć i pogłębiamy cierpienia z masochistyczną przyjemnością. Na skutek tego wpadamy w ten dół coraz głębiej i coraz trudniej z niego wyjść. Zalewa nas żal z poczucia straty, tęsknoty za przeszłością czy podłości, jaka nas spotkała ze strony ludzi. Strata czy brak zabija widzenia posiadania i jest coraz gorzej. A gdyby tak zapisać się mentalnie do szkoły komandosów i poszukać w sobie oraz otoczeniu siły do wstania z kolan i maszerowania dalej, dziarskim krokiem? Oczywiście zapytacie jak to zrobić, Mądra Babciu??? Każdy powinien znaleźć w sobie tę siłę i chwycić własną linę, po której wydrapie się z dołu. Ja mogę tylko podać Wam moje sposoby na radzenie sobie z trudnościami i czerpanie radości z życia, pomimo trudności… Oto mój dekalog babci komandoski:
Jak zostałam komandosem
- Zaczynam dzień od rozejrzenia się i zauważenia, co fajnego mam wokół siebie.
- Nie rozpamiętuję i nie „nacieram się” przykrymi wydarzeniami z przeszłości
- Jestem nastawiona na przyszłość i działanie, bo to, jak myślę i działam dzisiaj, ma wpływ na moje jutro, a wczoraj nie wróci
- Każde wydarzenie traktuję, jako doświadczenie, o które jestem bogatsza
- Myśląc o przeszłości, szukam miłych zdarzeń i przypominam je sobie.
- Nie mam żalu za niczym, do nikogo i niczego się nie boję.
- Nic nie planuję, nie wymyślam czarnych scenariuszy i daję się ponieść życiu
- Czerpię radość z każdej chwili, tu i teraz
- Zasypiam myśląc o miłych wydarzeniach z dnia, który minął
- O nic się nie modlę, wszystko sobie załatwiam sama.
Daję Wam ten dekalog, licząc że może choć jedna z Was zacznie z niego korzystać!
Pozdrawiam. Babcia komandos.







