Jedna z naszych grupowiczek napisała do mnie z prośba o poradę, jak radzić sobie z rozzłoszczonym, zbuntowanym dwulatkiem. Dlaczego ten temat towarzyszy nam w zasadzie od zawsze i cały czas szukamy odpowiedzi?
Odpowiedź jest prosta – to jest normalny etap rozwoju człowieka i to jest nam najtrudniej zrozumieć. Oczywiście mamy na to zarówno naukowe, jak i domorosłe pomysły, a temat pozostaje nadal w sferze dyskusji i różnych podpowiedzi. W sieci krążą filmowe porady psychologów dziecięcych, niektóre wręcz mrożące krew w żyłach, a niektóre trochę utopijnie anielskie.
Na jednym z filmików, psycholog dziecięcy (Panie miej w opiece jego pacjentów) twierdzi, że złość dziecka jest nienormalna, trzeba ją tłumić i nazywa rozzłoszczone dziecko histerykiem. Rekomenduje też, żeby dziecko zostawić z tą złością i nie zwracać uwagi. Dwulatek ma się sam uspokoić i grzecznie przyjść i przeprosić. Taki koszmar mamy, my kochający rodzice i babcie zafundować małemu człowiekowi!
Inny psycholog mówi, ucieszmy się, że malec się wścieka, bo nauczył się nowej umiejętności i poznał nową emocję. Bardzo podoba mi się podejście, tak pełne mądrości, ale trudno mi sobie wyobrazić sytuację, w której dziecko leży na podłodze, drze się i wierzga, a my mówimy „Zobacz, jak nasz Mareczek się już pięknie wścieka! No dzielny chłopiec!”. Przygotowując się do tego wpisu, miałam mieszane uczucie, więc zasięgnęłam języka…
Przegadałam pól wieczoru z psychologiem dziecięcym i terapeutą, dodałam swoje doświadczenia i zdrowy rozsądek i wyszedł z tego niemal przepis na naszego małego złośnika…
Od momentu urodzenia rozwijamy się i nabywamy kolejnych umiejętności. Otoczenie maluszka, nie posiada się z radości widząc pierwsze wyciągnięcie rączki po zabawkę, pierwsze samodzielne kroki, pierwsze gesty i słowa i wiele innych kompetencji. Patrząc z radością na rozwój dziecka i jego nowe umiejętności często nie zauważamy bardzo istotnego procesu dojrzewania emocjonalnego dziecka. Odbieranie, okazywanie, wyrażani i nazywanie emocji, to trudny proces w rozwoju dziecka i trochę niezauważany przez dorosłych. Jeżeli jeszcze mamy pewną wrażliwość na emocje pozytywne, takie jak uśmiechanie się, klaskanie w raczki z radości czy wierzganie na widok osoby czy zabawki, tak emocje negatywne, takie jak płacz, złość, smutek, niezadowolenie czy protest uznajemy za coś niepokojącego.

Często uznajemy to, za wynik naszych błędów wychowawczych czy niewłaściwego postępowania wobec dziecka. Zaczynamy szukać różnych metod naprawczych, rośnie w nas bezradność i poczucie winy, rozpatrujemy konsultacje z psychologiem…Szukamy porad, recept i uniwersalnych rozwiązań na naszą niemoc wobec rozdrażnionego dziecka. Rodzice, babcie, dziadkowie, nianie mają dziesiątki domorosłych sposobów i dzielą się nimi miedzy sobą, opowiadając co komu zadziałało…I tak rośnie ciemny las dziwnych, brutalnych i barbarzyńskich metod wobec malutkiego człowieka. Żeby wyjść z tej plątaniny chałupniczych metod i wątpliwości warto najpierw zrozumieć co dzieje się w rozwoju dziecka i jego młodym układzie nerwowym i dopiero podążając za tym, dobierać zachowania i działanie.
Drodzy dorośli, dojrzewanie i rozwój dziecka dotyczy nie tylko umiejętności fizycznych, a także i może nawet przede wszystkim, układu nerwowego i rozwoju psychicznego. W ten proces wpisane są również emocje negatywne i reakcje na ni, zwane zachowaniem. Oczywiście przeżywanie i manifestacja negatywnych emocji przejawia się różnie, zależnie od wieku, temperamentu i charakteru dziecka, ale pamiętajmy, że wiele zależy od nas, dorosłych. My jesteśmy po to, aby żeby dziecku pomóc przeżyć trudna sytuację i dać mu poczucie bezpieczeństw, tak jak wyciągamy ręce, gdy stawia pierwsze kroki.
Od pierwszych dni życia dziecko manifestuje swoje potrzeby, a repertuar manifestacji rożnie wraz wiekiem. Na początku mamy tylko płacz i zgadywankę, o co chodzi. Z upływem czasu zdolności dziecka rosną, kręci główką, mówi „nie”, ucieka z płaczem, rzuca przedmiotami, pada na podłogę drąc się w niebogłosy, pluje, gryzie, odpycha nas, mówi do nas mocne słowa, wychodzi z fochem, pyskuje, trzaska drzwiami, zamyka się w pokoju, a w nastoletnim wieku nawet podejmuje próby ucieczki z domu…
Szczególny moment, w którym zaczynamy mieć coraz trudniej w poradzeniu sobie z manifestacją złości dziecka pojawia się około drugiego roku życia i okres ten zwany był kiedyś „buntem dwulatka”.
Dzisiaj środowisko psychologów odchodzi od nazywania tego zjawiska buntem, bo taka semantyka rodzi chęć tłumienia i walki z wrogiem, a my nie powinniśmy iść na wojnę z dzieckiem, a pomóc mu poradzić sobie z wybuchem i uspokoić.
Dość powszechnym jest także wkładanie buntu i złości do jednego worka, a to dwa zupełnie różne zjawiska, choć z reguły manifestowanie w podobny sposób i dlatego mylone.
Złość jest emocją odczuwaną z powodu niezaspokojenia jakiejś potrzeby czy nieprzyjemnego doznania, a bunt to opór, protest i przeciwstawienie się narzucanej decyzji, innej niż oczekiwanie dziecka. Złość może pojawić bez buntu, a może być też opór bez złości. W buncie głównym objawem jest brak współpracy, nie zawsze z okazywaniem złości. Dziecko może uparcie i wręcz spokojnie powtarzać, że nie założy tych butów, albo czegoś nie zje. Może być też złość na wydarzenie, nie wynikająca z buntu, a z nieprzyjemnego wydarzenia, na przykład z powodu nieudanego rysunku. Ważne jest, żeby pomimo podobieństw w zachowaniu dziecka umieć rozróżnić przyczynę emocji. Podobieństwo zachowań, często objawiających się reakcjami agresywnymi nie powinno nas zmylić, ponieważ narzędzia naprawcze są nieco inne. Dzięki temu unikniemy fatalnych skutków jedzenia zupy widelcem…
Złość jest emocją, z którą często dorośli trudno sobie radzą i mamy wokół osoby zwane wybuchowymi, czy cholerykami i trudno jest porozumieć się z nimi w momencie wybuchu, a co dopiero dziecko i jego młodziutki układ nerwowy.
Naszą rolą, jako osób odpowiedzialnych za wychowanie jest uczenie dziecka nazywania emocji, ich przyczyn i zachowań oraz powiazania tych rzeczy ze sobą. Jeśli dziecko jest rozłoszczone, my często próbujemy racjonalizować czy bagatelizować sytuację mówiąc „o co tak się drzesz, nic się nie stało, taka awantura o złamany ołówek” i tak dalej. Dla malutkiego dziecka w tym momencie to jest dramat i bardzo przykre odczucie. Nie racjonalizujmy zatem, czy sytuacja jest warta czy nie warta takiej reakcji, tylko pomóżmy mu sobie z nią poradzić. Najważniejsze jest…przyznanie dziecku racji i nazwanie emocji, czyli „widzę, ze jesteś zły, bo złamał się ołówek, a chciałeś dalej rysować.” Po tym, z reguły pomaga wejście w fazę poszukiwania rozwiązania i to najlepiej przez dziecko. Pozwólmy maluchowi znaleźć rozwiązanie, dla nas oczywiste, a dla dziecka odkrywcze…Rolą rodzica czy babci jest pozwolenie dziecku na odczuwanie emocji, nazywanie i radzenie sobie z nimi.
Sytuacje, w których złość dziecka jeszcze nie zabrała jeszcze kontaktu z maluchem wydają się w miarę proste. Trudniej jest, kiedy dziecko wpada w atak histerii, rzuca się na podłogę, ciska rzeczami, a nawet czasem bije się po główce czy tłucze rączkami w podłoże. W nas rośnie bezradność, irytacja i nasza złość. Jedno jest pewne, dorosły też ma prawo do swojej emocji, ale ma też obowiązek sprawniejszego poradzenia sobie z tym, bo do tego już dorósł, jak sama nazwa wskazuje. Zajmijmy się zatem rozhisteryzowanym malcem. Organizm maluszka, w momencie wybuchu, jest zalany kortyzolem i ten właśnie ten neurohormon wywołuje tak drastyczne reakcje i musi najpierw spaść jego poziom we krwi. W tej sytuacji, najgorsze są nasze reakcje, zwiększające jego wyrzut. Uwaga także na adrenalinę, czyli hormon strachu, której wyrzut możemy uruchomić, grożąc dziecku różnymi konsekwencjami, jak się nie uspokoi. Kortyzol plus adrenalina, to bardzo silny duet i unikajmy świadomie tego spotkania.
Oczekujecie pewnie, że wreszcie podam jakiś przepis na zezłoszczonego brzdąca, a ja powiem, że…tu nie ma złotych rozwiązań. Każde dziecko jest inne. Zatem najpierw obserwujmy ustalmy co dziecku najczęściej pomaga i korzystajmy z tej wiedzy. Natomiast, dość powszechnie wiadomo, co nie pomaga i czego unikać. Niczemu dobremu nie służy wykrzykiwanie w stylu „uspokój się”, grożenie konsekwencjami, jeśli się nie uspokoi np. „jak się nie uspokoisz, to Cię tu zostawię”, nazywanie dziecka czy zachowania negatywnymi określeniami np. „przestań histeryzować, ja nie będę ulegała twojej tyranii i szantażom”. Niektórym dorosłym nawet przychodzi do głowy poderwanie dziecka i potrząsanie nim, z wrzaskiem prosto w twarz czy najgorsza zbrodnia dorosłych, czyli uderzenie. A co zatem pomaga? Trochę każdemu dziecku co innego, ale rekomendacją uniwersalną jest bycie przy dziecku i pokazywanie gotowości do wsparcia. Czyli powtarzanie „jestem tu, jak mogę Ci pomóc?”. Moje doświadczenie z trojką wnucząt pokazuje, że każdemu malcowi z mojej trójki pomagało w takich sytuacjach co innego i znajdowaliśmy te sposoby obserwując dziecko i jego reakcje. Jednemu pomagało głaskanie i spokojne mówienie ciepłych słów, drugiemu wzięcie na ręce i noszenie, a trzeciemu zostawienie w spokoju i pytanie czy już się chce przytulić. Najważniejsze jest aby nie dolewać kortyzolu, czyli hormonu agresji, ani adrenaliny czyli hormonu strachu. Biochemicznie neutralizatorem korytyzolu i adrenaliny są endorfiny, czyli neurohormony przyjemności. Poszukajmy, zatem ich wspólnie z dzieckiem. Na zakończenie anegdota o moich wnuczętach i endorfinach. Mamy z moimi skarbami taką umowę, że jak się komus stanie coś niemiłego, to ma prawo do pocieszyciela. Z reguły w roli pocieszyciela jest jakiś drobny smakołyk. Ostatnio mój mały wnusio, bliźniak z dueciku, po scysji z siostrą przybiegł do mnie i powiedział „Stefa mi zabrała kredkę! Jestem zły! Poproszę o pocieszyciela!„ Ten fragment jest niekonsultowany z psychologiem, ale zapewniam, że działa…
A jak radzić sobie z małym buntownikiem napiszę w kolejnej odsłonie, bo to obszerny i poważny temat…
Konsultacja Marta Chrościcka psycholog dziecięcy i rodzinny, z warszawskiej Poradni Psychologicznej „Uśmiech”







