CZY KTOŚ WIE CO TO BYŁO FWP… ?

Jak patrzę na Wasze fotografie z wakacji, to aż trudno uwierzyć ile się zmieniło.

Dzisiaj widoki z Chorwacji, Grecji, Turcji, Francji i innych kurortów są zapierają dech. All inclusive, parasole, restauracje, klimatyzowane pokoje, z ręcznikami uformowanymi w łabędzie.

A pamiętacie wyjazdy z FWP, czyli z Funduszu Wczasów Pracowniczych? Dostawało się skierowanie do ośrodka i różnymi środkami lokomocji udawało się na miejsce odpoczynku.

To były kurorty! Dom wczasowy z reguły był sześcienną konstrukcją, pociętą długimi korytarzami i setkami pokoików.

Pokój była najczęściej wyposażony w najprostsze łóżka, szafkę nocną z lampka szkolną i kocem obowiązkowo w kratę. W pokoju, mieszkając w trzy osoby, jedna musiała leżeć na łóżku, żeby dwie się minęły na wolnej przestrzeni.  Jak się napompowało materac plażowy i postawiło w przedpokoiku, to można było wyjść tylko z nim, albo pozostać uwięzionym.

Należało mieć własne ręczniki, leżaki i obowiązkowo parawan i parasol. Poranna wyprawa nad morze to było wyzwanie. Mój tato był dyżurnym „parawaniarzem” i codziennie przed śniadaniem szedł zająć grajdoł. Rozbijał parawan, wracał na śniadanie, a następnie z resztą rodziny, targając ręczniki, leżaki i dmuchany sprzęt pływający zmierzał z nami ponownie na plażę zasiedlić grajdoł.

Arch. pryw. Beata Borucka

Kiedyś nasz pobyt na bałtyckiej plaży o mało nie przyprawił mojego taty o zawał serca. Ja bardzo lubiłam wodę i mogłam siedzieć w  lodowatym Bałtyku aż do szczękania zębami i sinych ust. Mój troskliwy tata, kiedy byłam w wodzie zawsze stał na brzegu i obserwował  moje harce. W celu oznakowania ukochanej córki miałam naciągnięty na głowę czepek ze sztucznymi, pomarańczowymi kwiatami (to chyba były gerbery). Taka była moda, a czepki kupowało się w Pewexie.  Stał więc ten mój Anioł Stróż na brzegu i obserwował. Po dłuższej chwili głowa z pomarańczowym czepkiem wyszła z wody, ale to…nie byłam ja. Tato ruszył w kierunku naszego grajdoła. Zbliżając się do siedliska, zobaczył, że wokół naszego parawanu stoi tłumek ludzi , a  przy kocu klęczy osoba w białym fartuchu. Ojciec zamarł, będąc przekonanym, że to lekarz reanimuje córkę-topielca. Gdy dobiegł na trzęsących się nogach, okazało się że przy naszym stanowisku został zatrzymany przez moją mamę sprzedawca węgorzy…ja dostałam straszną reprymendę i do dzisiaj nie wiem za co…A bałtyckie węgorze uwielbiam do dzisiaj i wsuwam je jak maszyna, jak tylko wpadną mi w ręce.

Ciekawe też były nasze rodzinne spotkania ze słońcem. Każde z naszej trójki miało inny proces brązowienia. Nie było wtedy filtrów, SPFów i innych blokerów. Wszyscy smarowaliśmy się jedynym dostępnym środkiem, czyli kremem Nivea.  W ogóle z wczasów należało wrócić opalonym. Moja mama z urody przypominała nieco Hinduskę, była ciemnowłosa i śniada. Słońce brązowiło ją w kilka minut i po dwóch tygodniach przypominała Kubankę. Tato natomiast wręcz przeciwnie, mimo tego, że był kruczoczarnym brunetem, miał różowawą karnacje i był nakrapiany jak indycze jajo. Opalał się też natychmiast, tylko że na raka. Ja byłam pomiędzy, czyli mazowiecka pyza, przaśna i rumiana. Tato, ze względu na łatwe spiekanie się na raka  miał z reguły na sobie podkoszulkę, taką dość paskudną, na ramiączka. Był więc zwykle opalony jak robotnik na budowie. Jednakże, jednego dnia, założył nieopatrznie na plażę podkoszulkę typu siatka na ryby. Spędził w niej cały dzień na plaży, nie przeczuwając nic złego. Wieczorem, gdy zwlókł z siebie tę szatę, okazało się, że jest spieczony w malowniczy rzucik, czyli czerwone kółka. Wyglądał jakby  dopadła go jakaś straszna choroba z wysypką na tułowiu. Tato jeszcze kilka tygodni po powrocie miał ten ornament na sobie, bo jego rakowata opalenizna, po zbrązowieniu trwała miesiącami, czego mu obie z mamą zazdrościłyśmy…

Arch. pryw. Beata Borucka

Na tych peerelowskich wywczasach bardzo ciekawym doświadczeniem zarówno kulinarnym, jak i towarzyskim były posiłki. Dostawało się stolik na stałe, z dowolnie przydzielonymi osobami, które z reguły stawały się wczasowymi przyjaciółmi. Moi rodzice byli karciarzami, więc natychmiast umawiali się na wieczorne rozgrywki w brydża. Wtedy niemal każdy grał w brydża i było łatwo znaleźć drugą grającą parę. Dzisiaj każdy siedzi z nosem w tablecie czy telefonie i towarzyskie karty poszły w zapomnienie. Gorzej było w porze obiadu, bo wydawali jedzenie w godzinach 13-14, a jak się nie zdążyło to dieta do kolacji. Na plaży roznosili tylko lody Bambino i gotowaną kukurydzę. Nie wiadomo było, jak zostawić ten ekwipunek i ruszyć na stołówkę. W związku z zagrożeniem kradzieżą dmuchanego koła i materaca, obiad konsumowaliśmy na raty. Ojciec pierwszy sam, a następnie ja z mamą.  Razem jedliśmy więc tylko śniadanie i kolację.

Kontynuując zatem przygody kulinarne, stołówka była miejscem o dość osobliwym wnętrzu. Z reguły wielka, jak Brazylia, z mnóstwem stołów nakrytych ceratą, koniecznie w kratkę. Na każdym stoliku stała moja zmora, czyli serwetki w serwetniku, takie kręcone w kółko, w wachlarzyk, ku ozdobie. W  życiu nie udało mi się wyjąć serwetki, żeby nie  rozwalić tej konstrukcji. Nie wiadomo było gdzie się ta figura kończy, a gdzie zaczyna i gdzie ma   środek. Jeden z koszmarów mojego dzieciństwa to te cholerne serwetki. Obok serwetek stał druciany pojemnik z solniczką i pieprzniczką. Ja nie wiem dlaczego, ale to zawsze było, psia mać, pomylone i w solniczce był pieprz i odwrotnie. Do tego obowiązkowa buteleczka przyprawy Maggi, którą sobie wszyscy lali do wszystkiego. A mój papa nawet jadła kanapki z masłem, polane Magii, jako dopychacz bo niezbyt obfitym posiłku.  Na każdy posiłek wszystkie dania były wydawane porcjami, żadnych tam szwedzkich sto łów czy wyboru. Jedyne nieporcjowane danie, to była zupa, podawana w wazie. Jak ktoś przy sześcioosobowym stoliku był ostatni, to miał wodziankę, bo całe gęste wybrali poprzednicy. Na wazę zatem rzucali się wszyscy i nikt  nie chciał być ostatni. Na stół przynależniła się jedna waza i szlus, koniec i bomba.  Dla mnie dla mamy, najgorszą męką było śniadanie, bo dawali zupę mleczną. Ja i moja rodzicielka nie cierpiałyśmy mleka, a oprócz zupy podawano chleb, plasterek mortadeli albo pół jajka na twardo i dżem. W przeciwieństwie do nas, tato był mlekopijem i pałaszował nasze zupy w zamian za mortadelę i dżem. Jedno, co było cudowne, to świeżość chleba i bułek z pobliskiej piekarni …

Obiadową walkę o zupę mamy zaliczoną, więc przechodzimy do dania głównego. Pamiętam, że wczasowe szefowe kuchni serwowały dania, których nigdy nie zaznawałam w domu. Niektóre były dziwaczne,  a niektóre mistrzowskie, o smaku nie do  odtworzenia.  Z  obiadowych straszydeł pamiętam gotowane, mielony mięso i do tego paćka ze szpinaku. Matko, jakie to było paskudne!  Natomiast raz w tygodniu były cudowne schabowe. Wielkie, cieniutkie i chrupiące z zasmażaną kapustą. To była bajka. Ja nie umiem zrobić takich i do nich tęsknię.

Najlepsza jednak była kolacja, zawsze ciepła. To były przysmaki! Leniwe z masełkiem i cukrem, fasolka po bretońsku, ozorki w chrzanie, kopytka z sosem pieczarkowym, pierogi z owocami…mmm, marzenie.

żródło: nostalgicznie.fm

Pamiętam też, że były różne atrakcje rozrywkowe, które zapewniał turnusowy KO-wiec, czyli dzisiejszy animator.  Były wieczorki taneczne, sprawnościowe konkursy rodzinne, festiwale piosenki wczasowej. Festiwale piosenki mieliśmy zawsze wygrane – załatwiał to tato, piękny tenor (bądź co bądź zawodowy!). Jak towarzystwo załapało, że tata pięknie śpiewa, natychmiast robiła się biesiada z solowymi występami mego protoplasty. Zaczynało się niewinnie od piosenek ludowych, później wchodził repertuar arii operowych, a na zakończenie leciały pieśni wojskowe i patriotyczne. Kulminacją była zawsze wówczas zakazana pieśń „Legiony”, którą towarzystwo wykonywało w chwiejnej pozycji na baczność.

źródło: Dziennik Zachodni

Podczas pobytu na wczasach był także fantastyczny zwyczaj wysyłania pocztówek z pozdrowieniami, bo telefon była albo na najbliższej poczcie, albo w wyjątkowych sytuacjach z sekretariatu kierownika ośrodka. Telewizor był jeden, w tak zwanej  świetlicy i tylko do 22.00. W świetlicy była też takie atrakcje, jak bilard-grzybek, piłkarzyki i obowiązkowo ping -pong. Jakoś nie umieraliśmy z nudów bez smartfonów, tabletów i komputerów…Myślę, że nasze wnuki, które uważają, że mleko bierze się z lodówki, a pieniądze ze ściany, nie wyobrażają sobie takiego spędzania wakacji. Tak, w wielu aspektach czasy peerelu były podłe i ponure. Wcale nie tęsknię za nimi. Tęsknię za tym, żeby było więcej człowieka w człowieku, dziecka w dziecku i cukru w cukrze…Wasza babcia peerelka.

Beata Borucka

Zostanie babcią, to wydarzenie, na które nie ma absolutnie żadnego wpływu. Po prostu Cię w to wrabiają i już! To nie zmienia faktu, że chcemy być fajną babcią. Ponieważ w sieci nikt nas w tej misji nie wspiera, zapraszam do Was do mojego pomysłu na fajne babciostwo i nie tylko…razem będzie nam łatwiej być mądrymi babciami!

Instagram