Podczas macierzyństwa i babciostwa często moje medyczne wykształcenie bardzo pomaga, natomiast jest kilka sytuacji, których medycyna jeszcze nie zbadała.
I nie chodzi mi tu o przyczyny tajemniczych chorób, a o zachorowania dzieci w najmniej sprzyjających sytuacjach. Mam wrażenie, że wiele chorób u dzieci przyczaja się i czeka na takie dni, jak niedziela, Wigilia, Nowy Rok, wyjazdy, Wielkanoc i inne pierwsze maje, a także wyjazdy rodziców… Jakiś czas temu i córka i zięć wyjechali na weekend, a ja zostałam z moim stadkiem. Świadoma niezbadanego zjawiska chorowania w najmniej odpowiednim momencie, zawsze proszę córkę o pozostawienie upoważnienia do wizyty z dzieckiem u lekarza.
Trochę mnie ten obyczaj dziwi i mam wrażenie, że babcie są podejrzewane o potajemne konsultacje lekarskie w celu wykrycia u dzieci chorób w tajemnicy przed rodzicami. Ponieważ jestem w grupie podejrzanych zapewniam sobie takie upoważnienie.
Rodzice, szczęśliwi z chwili odpoczynku w SPA, wyjechali w piątek, a już w sobotę po obiedzie wnuczka zaczęła być niewyraźna. Pojawił się stan podgorączkowy i jakieś takie katarkowe kichanie, kaszelek, płaczliwość…no ogólnie słabo. Kiedy, natomiast pojawił się brak apetytu (u moich wnucząt to bardzo chorobowy objaw) i odmowa zjedzenia ukochanych klusiów uznałam, że stan jest poważny. Jak to w sobotę wieczorkiem mogłam udać się wyłącznie do poradni dyżurnej. Dodam, że była to poradnia jednej z prywatnych sieci poradni, pakiet VIP. Pojechałam tam z małą, pełna wiary i nadziei…
Po uzyskaniu numerka i czekaniu ponad godzinę wreszcie weszłyśmy do gabinetu.
Za biurkiem siedziała starsza pani doktor. Spojrzała na nas wzrokiem ponurym i pełnym pretensji, że przychodzimy.
Grzecznie usiadłam, a młoda stała sobie grzecznie obok. Padło sakramentalne pytanie „Co się dzieje?”. W tym momencie, korzystając z mojego medycznego wykształcenia zrelacjonowałam objawy i moje działania. Pani doktor załapała, że jestem medycznie ogarnięta i zaczęła mnie pytać o specjalizację i gdzie pracuję. Na to odparłam, że nie praktykuję, bo pracowałam w biznesie farmaceutycznym i nigdy nie praktykowałam. I się zaczęło…Pani doktor zaczęła wymiotować: „Aaaa, tutaj tacy do mnie, proszę Pani przychodzą. Ci jak im tam, przedstawiciele, długopis przyniosą i myślą, że będę zalecać ich lek. Ja zawszę jak wyjdą, to patrzę przez okno jakimi furami podjeżdżają…a ja co? siedzę tutaj i tylko katary, kaszle, gorączki i to za jakie marne grosze, proszę Pani…” Tutaj się lekko zapowietrzyła, więc wrzuciłam jakiś głupkowaty komentarz. Wnuczka wdrapała mi się na kolana, a ja siedzę dalej jak na oślej ławce… Pani doktor rzuciła jeszcze kilka nienawistnych komentarzy, co do skandalicznie niskiego uposażenia lekarzy i spytała jakim autem przyjechałam. Ze strachu przed ukrzyżowaniem odparłam, że taksówką…
Pani wreszcie zauważyła, że jest pacjentka. Poprosiła żeby wnuczka do niej podeszła i patrząc na nią spytała „No i co ja mam z Tobą zrobić?”, a na to trzyletnia Stefka rezolutnie odparła „Może niech mnie Pani chociaż zbada…my tak robimy jak bawimy się w lekarza…”
Pani doktor zdębiała i poprosiła, żeby rozebrać dziecko. Ja udusiłam się ze śmiechu… Pani doktor do końca wizyty miała focha. No cóż, nasuwa mi się tylko jedna refleksja, którą skwituję fraszką mojego pomysłu:
„Nawet jeśli masz i rację, zostaw w domu swe frustracje!”







