ŻARŁOCZNE EGO JEST DO NICZEGO…

Czy wiecie co nas najbardziej frustruje i oburza? Nasze oczekiwania i nie spełnianie ich przez otoczenie.

Oczekujemy wdzięczności, za to, co robimy, zainteresowania, telefonów od dorosłych dzieci, odwiedzin nastoletnich wnucząt, dobrego słowa… A kiedy tego nie dostajemy, to mamy focha, popłakujemy i jesteśmy zasmucone. Czekamy dalej i znowu cisza.  Co odważniejsze, raz na jakiś czas robimy aferę o brak zainteresowania i szacunku, atmosfera się zagęszcza, a dzieci uznają nas za wariatkę, która się czepia. Najczęściej nasze wyrzucenie z siebie frustracji ma postać i formę pretensji, zarzutów i wypominków naszych niedocenianych zasług. Po takim incydencie wszystkim jest źle, przykro, my się zacinamy, a dzieciom jeszcze bardziej odchodzi ochota na kontakt z nami. W zasadzie nikomu ta sytuacja nie sprzyja i balon ze smrodkiem rośnie.

Może warto zatem zastanowić się jak wyjść z takiej sytuacji i wejść na drogę dobrych relacji, mimo wszystko? Przecież nikomu nie zależy na takim klimacie w kontaktach.

Pierwszym krokiem do wyjścia z tego impasu frustracji z powodu niespełnionych oczekiwań jest znalezienie przyczyny i źródła ich powstania. Pewnie nad wieloma z Was natychmiast zaświeci tak zwane światło  łuny”, czyli odpowiedź, „to łuny są winne, że mi jest przykro”. I tak sobie świecimy miesiącami, a nawet latami, oczekując zmiany i poprawy ze strony otoczenia. Padają też liczne obietnice, że dzieci zobaczą jaka matka była ważna i potrzebna, jak jej zabraknie i takie tam patetyczne, emocjonalne teksty. A wiecie gdzie to wszystko powstaje i wytwarzają się  takie doznania? To dzieje się w naszym największym narządzie, którego nie znajdziemy  w atlasie anatomii, bo medycyna go nie dostrzegła.

Otóż największym narządem każdego człowieka jest…ego, czyli poczucie własnego JA.

Jest to narząd mający różny rozmiar u różnych osób, ale zawsze spory. Znajduje się w głowie i  żywi się wyłącznie pokarmem otrzymywanym z zewnątrz. Czasami do jego wzrostu przyczynia się jego właściciel, robiąc z siebie „wyższą pierdolencję”, co to wszystko wie najlepiej i wydaje swoje oceny jak ten Neron na trybunach rzymskiego Coloseum.  Życzy sobie zabiegów specjalnych, pije określony rodzaj kawy, z łaską przyjmuje zaproszenia, robi nam w domu niemal test „białej rękawiczki”, wybrzydza przy stole, a za najwyższy komplement uznaje milczenie i brak krytyki. Ja miałam przez kilka lat takiego osobnika wśród bliskich i wszyscy drżeli przed jego wizytą.

Dodatkowo był jeszcze humorzasty i chimeryczny, czyli nie było nigdy wiadomo w jakim nastroju przybędzie. Jak „pan był nie łaskaw” to siekiera wisiała w powietrzu od wejścia, a jak „był łaskaw”, to tryskał humorem i dowcipem, jak zraszacz do trawy. Cała rodzina przeżywała w jakim nastroju pojawi się ów gość.  Ja przez kilka lat też funkcjonowałam w tej tyranii  humorów Nerona, aż wreszcie wzięłam się na sposób i uznałam, że nie mam zamiaru poddawać się dłużej takim fochom i psuciu każdej imprezy uleganiem jego neurotycznym zachowaniom. Po pierwsze przestałam się zastanawiać w jakim nastroju ON przybędzie. Po drugie przestałam obawiać się skomentowania jego niemiłych zachowań i po trzecie, zaczęłam mówić mu miłe rzeczy  i doceniać cechy, które w nim lubię.  Krótko mówiąc przestałam mieć oczekiwania wobec jego zachowań, a wpłynęłam na swoje, bo to można zrobić zawsze. Na początku ON przeżył szok i nie bardzo wiedział co ma zrobić z takim czynnym olaniem jego cesarskiej postawy. Cała rodzina była w szoku, że znalazł się śmiałek przeciwstawienia się tyranii humorów ONEGO. Trzeba było zobaczyć minę koleżki, kiedy na odburknięcie zapytałam przy stole, czemu mi tak nieprzyjemnie odpowiadana miłe pytanie…i tak krok po kroku, oswoiłam potwora i stałam się jego ulubioną postacią towarzyską. A dlaczego? Bo ja schowałam własne ego i lęki, a z jego ego spuściłam powietrze.

Inna historia z ego w roli głównej, to bierne oczekiwania bycia docenionym czy zauważonym przez dzieci czy wnuczęta. Jak ego nie dostaje od nich pożywienia, to się buntuje i jak ten Cudaczek -Wyśmiewaczek szepce nam do ucha „obraź się, obraź się, obraź się…” Ten żarłoczny narząd, jakim jest ego, nienakarmiony zaczyna nam strasznie dawać w kość, wywoływać płaczliwość, przygnębienia, rozmyślania, bezsenność i uogólnione złe samopoczucie. Jak zatem zmniejszyć przerost tego narządu? A no tylko przez natychmiastowe zmniejszenie jego pojemności i apetytów. Mój sposób na to, to zmniejszenie a w skrajnym przypadku, pozbycie się oczekiwań i robienie wszystkiego z własnej potrzeby i chęci, a nie w oczekiwaniu wdzięczności i docenienia.

Czy to jest łatwe? Bynajmniej, bo ego się domaga i głodne boli, jak diabli. Ale zobaczcie, jak piękne i łatwe zaczyna być życie, kiedy nie mamy oczekiwań i bierzemy sprawy w swoje ręce. Ja zamiast czekać, aż ktoś do mnie zadzwoni, dzwonię i pytam co słychać. Jak mam ochotę pobyć z dziećmi, to wsiadam w auto i jadę  z szarlotką, zapowiadając się uprzednio, oczywiście. Jasno też komunikuję, że poproszę buziaka za to, czy za tamto. Jakże łatwiejsze stało się moje życie, kiedy wyzbyłam się oczekiwań…I wiecie co? W miarę, jak malały moje oczekiwania, pojawiało się coraz więcej miłych komentarzy i zachowań ze strony otoczenia…

Gorąco polecam taką autoterapię i życzę sukcesów!  Wasza MB.

Beata Borucka

Zostanie babcią, to wydarzenie, na które nie ma absolutnie żadnego wpływu. Po prostu Cię w to wrabiają i już! To nie zmienia faktu, że chcemy być fajną babcią. Ponieważ w sieci nikt nas w tej misji nie wspiera, zapraszam do Was do mojego pomysłu na fajne babciostwo i nie tylko…razem będzie nam łatwiej być mądrymi babciami!

Instagram