Szukaj
PRZERĄBANE ZAKOPANE
Podziel sięFacebook

PRZERĄBANE ZAKOPANE

POSŁUCHAJ ↓  POTEM PRZECZYTAJ

Moje wnuczęta wraz z rodzicami pierwszy tydzień ferii spędzili na nartach w słonecznej Italii. W drugim tygodniu miałam zastąpić zięcia i spędzić czas z córką i przychówkiem w Zakopanem, w pięknym apartamencie, ale z wyżywieniem we własnym zakresie.  Plan był ciekawy logistycznie.

Wymiana nastąpiła w Krakowie, gdzie towarzystwo dojechało z Włoch samochodem, a ja pociągiem. Następnie zięć powrócił do Warszawy pociągiem, a my podążyliśmy do Zakopanego samochodem. Wszystko byłoby proste, gdyby nie kolejne prośby do mnie dzień przed wyjazdem. Okazało się, że mam zabrać nebulizator, bo dzieci kaszlą. Zaznaczę, że nebulizator to spora maszyna z kablami i maskami inhalacyjnymi. Dodatkowo mam zabrać coś na kolację bo niedziela niehandlowa i nic nie kupimy wieczorem. Ponad to dzieci czekały na babciny rosół, a to wymaga większego garnka. W apartamencie jest płyta indukcyjna, a ja mam zwykłą, więc latałam po garnek indukcyjny. Doszło jeszcze kilka niezbędnych drobiazgów…W torbie podróżnej na moje rzeczy została powierzchnia znaczka pocztowego.

Podjęłam więc brawurową decyzję, że zabiorę dwie walizki. Okazało się, że zięć musi zabrać dwie walizki z samochodu, żeby wlazły dwie moje. Zanim wyjechałam byłam bliska obłędu, jak to wszystko upchnąć.

W pewnym  momencie była opcja przytroczenia garnka do torby od zewnątrz, co przypominało bagaż emigrantów na Titanicu i chyba nie chciałam się tak prezentować w pierwszej klasie pendolino…

Wypełniłam więc garnek swoją bielizną, przygniotłam gacie szklaną pokrywką, co przypominało mi scenę z filmu „Pachnidło”, ale dałam radę. Wyposażona więc w dwie torby wielkości Brazylii ruszyłam do Krakowa.Przerzut nastąpił planowo i spotkaliśmy się na dworcu. Po radosnym powitaniu okazało się, że wszyscy są chorzy, lub zapowiadający się na chorych.  Przywieźli jakąś włoską francę. W najgorszym stanie był zięć, później duecik i córka. Zdrowy jak ryba był tylko najstarszy Antek. Byliśmy bliscy powrotu do Warszawy, ale jednak uznaliśmy, że realizujemy plan bez gwałtownych zmian. Po tej decyzji ruszyliśmy do Zakopanego, a zięć do Warszawy.

Do Zakopanego dotarliśmy bez przygód, apartament okazał się być bardzo ładny i wygodny.  W pierwszych minutach rozlokowywania się udało się nam popsuć rozkładaną kanapę, zbić miseczkę, popsuć ekspres do kawy i  przypalić mleko na kolację. Płyta indukcyjna żyła własnym  życiem i nagrzewała się i stygła w tylko sobie znanym rytmie. W międzyczasie uprzednio chory Gustaw cudownie ozdrowiał, a zaczęła gorączkować Stefa. Noc była procesją od łózka do łóżka i rano nikt nie obudził się, tam gdzie zasnął. W poniedziałkowy poranek odbyło się przedstawienie z poszukiwaniem pediatry, bo Stefania była w słabej formie.

Konia z rzędem temu, kto dostanie się do doktora w Zakopanem podczas ferii. Najbliższy dostępny doktor był w Nowym Targu. Czterdzieści kilometrów jechaliśmy ponad półtorej godziny, dwukrotnie przekładając godzinę wizyty. Pani doktor powinna pójść żywcem do nieba, bo czekała na nas po godzinach przyjęć. Po osłuchaniu obydwojga bliźniąt okazało się, że Stefa ma zapalenie oskrzeli, a Gustawowi nic nie jest. Wróciliśmy do Zakopanego, po drodze robiąc zakupy aprowizacyjne, podczas których bankomat zeżarł mi kartę i zostałam ze stówą gotówki, w zasadzie  na utrzymaniu córki.  Brawo ja!

Wieczorem cudownie ozdrowiała Stefa, a zaczął kasłać Gustaw.  Byłyśmy bliskie powrotu do Warszawy, ale jako domowy medyk przekonałam córkę, że górskie powietrze zrobi dzieciom lepiej, niż warszawski smog. Dzień pierwszy zaliczony!

We wtorek, po śniadaniu postanowiłyśmy pojechać kolejką na Gubałówkę.  Szykując dzieci, ubierałyśmy je warstwowo i zauważyłam zależność pomiędzy warstwami ubrania, a porozumieniem zwieracze-mózg. Siku dawało sygnał minimum przy trzeciej warstwie, a kupa chwilę po wyjściu w pełnym rynsztunku.  Udało się nam wyjść o poranku, koło godziny trzynastej. Krupówkami, spacerkiem doszłyśmy do podnóży Gubałówki, gdzie jest największy w Zakopanem jarmark pamiątek.

Na Gubałówkę wiozłyśmy zatem torebkę góralską, kierpce, dwie ciupagi, góralski kapelusz z piórkiem, strzelające diabełki i szczypce do kul śniegowych, że obwarzanków i precli nie wspomnę.

Podróż kolejką o dziwo przebiegła bez ofiar. Na Gubałówce najbardziej interesująca okazała się hałda z brył śniegu i tam nasze dzieci spędziły godzinę. Zaznaczę, że do zjeżdżania z tej hałdy niezbędne były trzy plastikowe jabłuszka poddupne. One stanowiły też dodatkowy ekwipunek w drodze powrotnej.  Podczas powrotu czułam, jakbyśmy jechały przez Japonię i egzotycznie brzmiące miasta o nazwach Sikumama oraz Mamokupa.

Kolejne dni przebiegały podobnie, więc nie będę Was zanudzać. Do Warszawy wracałyśmy w piątek przez 10 godzin. Użyliśmy jak pies w studni i nie polewałyśmy się szampanem!  Kurtyna!

(fotografia tablica Zakopane: Marcin Zimnal http://foto-marcin.blogspot.com)


PODZIEL SIĘ 🙂

>

Instagram @madrababcia

Error validating access token: The user has not authorized application 591315618393932.

Beata Borucka

Zostanie babcią, to wydarzenie, na które nie ma absolutnie żadnego wpływu. Po prostu Cię w to wrabiają i już! To nie zmienia faktu, że chcemy być fajną babcią. Ponieważ w sieci nikt nas w tej misji nie wspiera, zapraszam do Was do mojego pomysłu na fajne babciostwo i nie tylko…razem będzie nam łatwiej być mądrymi babciami!