GRZYBOWA TYRANIA…

Odkąd pamiętam u mnie w domu panowało uwielbienie dla grzybów i grzybobrania.

Umiałam znajdować i rozpoznawać grzyby chyba zanim zaczęłam chodzić. Ten „grzyboobłęd” trwał w rodzinie od kilku pokoleń.  Moja mama wchodziła do lasu, jak było jeszcze ciemno i wychodziła, jak było już ciemno. Zbierała grzyby przy latarce.  Ja, chyba jako pierwsza wyłamałam się z tego szaleństwa i jak tylko mogłam cokolwiek o sobie stanowić,  postanowiłam odmówić udziału w tej szopce…

Zacznijmy zatem skąd u mnie to źródło niechęci do rodzinnego grzybobrania…Pierwszy powód to moda grzybowa, jaka panowała u mnie w domu. Otóż, na co dzień eleganccy i szykowni rodzice oraz babcia, w dniu grzybobrania przeistaczali się w zombie, widma, strachy na wróble i leśne duchy. Ja nie wiem dlaczego te kreacje musiały być tak niedorzeczne i szkaradne. Mój bardzo przystojny tato, stalujący garnitury na miarę, na grzybobraniu przypominał osobę, która ubrała się w przypadkowo wylosowane odzienie, z darów dla powodzian.  

źródło: dziennikzachodni.pl

Miał na sobie zielone dresy chyba z UNRY, na to naciągał białe skarpety pod kolana, a na nogi odziewał takie krótkie gumofilce po dziadku. Górę tej stylizacji stanowiła bluza w kolorze szmaty do podłogi, a wierzchnia odzieżą był płaszcz ortalionowy w kolorze bordo z czasów Bieruta. Głowę chroniła furażerka z demobilu. Litości, ten widok mnie prześladuje.

Moja elegancka mama natomiast miała, moja kangurkę z czasów harcerstwa, kapelusik z napisem Pałac Młodzieży, jakieś wyciągnięte bawełniane spodnie i kalosze w pomarańczowe kwiatki.

Babcia jakoś się zbytnio nie oszpecała, ale miała serię chustek na grzyby z epoki chyba fin de siècle.

Mnie też zmuszano do tej kostiumowej paranoi, ale się nie dawałam tak umaić i wyglądałam jak hrabini, pomiędzy nękanym chłopstwem z czworaków

Kolejnym obłędem była pora wyjazdu…ludzie o 4 rano pobudka, 100 km Syrenką pod Różan i do wieczora w lesie. Jakiś koszmar…Aaaa, była też leśna aprowizacja. Były zatem dwa termosy – z kawą i z herbatą, Oba jednakowe, więc kawa jechała herbatą, a herbata kawą, bo nikt nigdy nie  wiedział, który był do czego. To były takie chińskie cuda w pagody z nakręcanym kubkiem użytku ogólnego. Z napojów zimnych serwowany był Ptyś.

No i suchy prowiant. Obowiązkowe jajka na twardo do obierania, pomidory i ogórki pokrojone w słupki, kiełbasa z metra do łamania i bułka.  No i cud wykwintności – kanapka z kotletem, wymiennie schabowym albo mielonym i musztardziocha w słoiku. Akurat aprowizacja to element tego szału, który chyba wspominam najmilej i czasem robię wnukom takie piknikowe przysmaki.

Mieliśmy zawsze punkt zborny przy samochodzie co półtorej godziny. Kluczyki miała zwykle mama, która jak te ogary, jak poszła w las to ani widu ani słychu. Zawsze na nią czekaliśmy o suchym pysku. Raz udało mi się zawładnąć kluczykami i czmychnęłam do auta w kimkę. Oni nie widzieli, że ja śpię w środku i szukali mnie po całym lesie. Kluczyki miałam trzy razy – pierwszy, jedyny i ostatni.

źródło: retro.pewex.pl

W owych czasach grzybów było w bród i to już od czerwca.

Oczywiście największe skarby to były prawdziwki, później koźlarze, kozaki i podgrzybki. Późna jesienią były gąski. Te cholery lubiłam zbierać, bo rosły stadami…Po każdym popasie przy samochodzie, swoje zbiory przesypywało się w przygotowane kartony. Po całym dniu, wracaliśmy z grzybami wszędzie.

Po powrocie zaczynała się epopeja z czyszczeniem, obieraniem i przetwarzaniem. Moja mama oglądała każdy grzyb z tego stosu pod lupą, tato segregował wg przeznaczenia, babcia wycierała każdy kapelusz papierkiem i skrobała korzonki. Ja byłam zmuszana do krojenia…Jak nastawał blady świt, zaczynała się obróbka przetwórcza. Suszenie, marynowanie, duszenie. Tato mój, artysta majsterkowicz, skonstruował taki szkielet drewniany z drutami na gwoździach. Na te konstrukcję były nawlekane grzyby na kilku poziomach, to stawało na kuchence gazowej i suszyło się godzinami. To by jakiś święty obrządek, zamiany grzybów poziomami, żeby równo schły. Trzeba było, żeby ktoś nieustannie był w domu, bo trzeba było przekładać grzyby…Po wysuszeniu grzyby lądowały w…poszewkach na jaśki, i tak leżały na szafce, związane sznurkiem konopnym, aż do Wigilii…

Była też konsumpcja bieżąca, czyli wszystko z grzybami – zupa, jajecznica, paszteciki, kapelusze panierowane…mmm, jakie to wszystko było pyszne.

Ja dzisiaj grzyby zbieram na działce, resztę kupuję na targu, suszę, mrożę i trochę marynuję…a te duszone w słoiku, zapasteryzowane i zimą jedzone z jajkami i cebulką pozostaną tylko wspomnieniem. Pomimo tych wątpliwych uroków rodzinnego grzybobrania,  pojechałabym dziś z rodzicami pod Różan…

Beata Borucka

Zostanie babcią, to wydarzenie, na które nie ma absolutnie żadnego wpływu. Po prostu Cię w to wrabiają i już! To nie zmienia faktu, że chcemy być fajną babcią. Ponieważ w sieci nikt nas w tej misji nie wspiera, zapraszam do Was do mojego pomysłu na fajne babciostwo i nie tylko…razem będzie nam łatwiej być mądrymi babciami!